Chujowa Redakcja właśnie posypuje łeb popiołem, bo tekst miał być kilka dni temu, a jest dopiero dziś.
My niestety jesteśmy trochę jak sojuz – robimy ambitne plany, ściskamy
poślady, by się udało, a i tak kończy się jak zwykle. Tym razem nie
możemy wziąć winy na siebie, bo to wszystko przez tego Morfeusza, który
rzuca się na nas, jak szczerbaty na suchary i zupełnie nie daje spokoju.
Ostatnimi czasy mamy takie
bublowe żniwa, czego nie tkniemy to jakoś rozczarowuje. Niby fajno, bo
jest o czym pisać, ale jednak trochę szkoda rubli wywalonych w błoto. I
żeby była jasność – żeby coś zasłużyło na wspaniałe określenie
Chujowego Kosmetyku, musi przejść wszystkie testy pozytywnie. To znaczy
negatywnie, czyli wszystkie podejścia muszą zostać zjebane. Próby są co
najmniej trzy, bo jak mówili starożytni Rosjanie – do trzech razy
sztuka. Tyle, że oni mieli na myśli raczej alk, a my mówimy o
kosmetykach. Czasem próbujemy kilka dni pod rząd, czasem – tak było i
tym razem – próbujemy kilka razy, robimy przerwę (nas też obowiązuje
przecież jakieś BHP) i po jakimś czasie wracamy do eksperymentów.
Zauważyliśmy, że w tuszach do modne są teraz szczoteczki, które
wyglądają jak maczuga z kolcami. Tylko mała maczuga, żeby się zmieściła
do pojemnika z tuszem. I z plastiku. Gruby plastikowy kij zakończony
małymi , sylikonowymi ni to igiełkami, ni to włoskami, ot, takim nie
wiadomo czym, co ma tusz na rzęsiska nakładać. Ma taką mascarę i MAC Cosmetics, ma i Douglas Polska, ma też
Wibo Kosmetyki, no i ma Sephora Polska. I teraz właśnie, po jak zwykle zupełnie niepotrzebnym i przydługim wstępie, przechodzimy do naszego cudownego gagatka.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła łap po kosmetyk podpisany jako
‘nowość’. Nazywa się toto Outrageous Curl, cokolwiek to znaczy.
Kosztuje –w zależności od wariantu – 59 albo 45 polskich złotych. Wersja
tańsza jest tym samym tuszem, ale w opcji ‘mini’ i ja właśnie takie
cud(actw)o sobie sprawiłam. Szczoteczka – niezależnie od opcji – ma taką
samą wielkość. Producent jak zwykle obiecuje cuda na kiju (chyba
marketingowcy znów popłynęli). Nie będę kopiować tych obietnic, ale
jeśli chcecie się pośmiać, polecam zerknąć na stronę kosmetyku.
Jakie jest moje zdanie na jego temat? Nie miałam jeszcze w rękach tak
beznadziejnej mascary. To, co zrobiła z moimi rzęsami nadaje się na
policję, a nie opisywanie na stronie internetowej, Już pomijam, że w tej
małej wersji szczoteczkę się wyciąga, a nie odkręca, równocześnie
wyciągając ogrom tuszu, więc miałam upierdoloną całą dłoń. Ale to, co
się dzieje z rzęsami po nałożeniu jednej warstwy jest absolutnie
niewybaczalne. Sklejone i pokryte taką ilością tuszu, że najlepiej
wsadzić łeb pod kran i zmyć cały makijaż. Usuwanie tego płynem
micelarnym, chusteczkami do demakijażu, olejkiem kokosowym jest
zupełnie bez sensu i zajmuje lata świetlne. Skąd wiem? Ano przerabiałam
to wszystko. Za pierwszym razem spieszyłam się do wyjścia, no bo kurwa,
skąd mogłam wiedzieć, że to Armagedon zamknięty w pojemniczku na tusz?!
Łudziłam się, że może coś jeszcze uda mi się uratować. Że delikatnie
wyczeszę nadmiar (czyli jakieś pięć ton), albo zmyję tylko okolice oczu.
Formuła tego paskudztwa jest tak beznadziejna, że rozmazuje się po
całej twarzy. Nie wiem, jak to się dzieje, może to jakaś czarna magia,
ale - choć starałam się być bardzo delikatna - tusz miałam nawet na
brodzie. Za drugim i trzecim razem wcale nie było lepiej. Było jeszcze
gorzej. Był nawet moment, że zastanawiałam się, czy przypadkiem nie
oślepnę – odrobina czarnej mazi dostała się do moich oczu i piekło tak,
jakby na pierwszym miejscu w składzie było NaCl. No i ostatnia atrakcja –
zapach. Po jakichś dwóch tygodniach od otwarcia, tusz zaczyna walić
zbuczałymi jajkami. Kwas siarkowy w składzie jak nic.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: jeśli ktoś będzie chciał podarować Wam
ten tusz, albo – co gorsza – namawiać Was do jego zakupu – zdzielcie go
przez łeb, raz a porządnie, albowiem bredzi i nie wie, co czyni.
Jeśli moje słowa do Was nie przemawiają - zerknijcie na zdjęcia. One mówią same za siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz